Wiem, wiem ociągam się trochę. Piszecie i pytacie kiedy następny wpis, a ja obiecuję i obiecuję i tak go nie ma.
Ale teraz jest. Właśnie stukam na klawiaturze post nr 100 na moim blogu. Teoretycznie pomijając kilka początkowych tekstów, zawsze jest to powyżej 1000 słów w których są zawarte przemyślenia związane z najlepszą ligą świata, jaką jest nasza ukochana NBA. Sama świadomość tego, że niedawno stuknęło 30 tyś. wyświetleń i teraz pojawia się ten o to jubileuszowy wpis świadczy o tym, że chcecie czytać coś więcej niż nieudolne kopiowanie zachodnich serwisów i same plotki poparte nagłówkami rodem z brukowców najgorszego sortu.
Dziękuję Wam za to!
Dziś wyłączam myślenie o trwających finałach konferencji oraz loterii draftowej i zamierzam przedstawić dwie piątki moich marzeń. Skupię się na graczach których chciałbym mieć w swoim składzie jako trener. Wielkie osobistości takie jak Oscar Robertson, Bill Russell czy Jerry West pozostawię nietknięte na szczycie koszykarskiego Olimpu. Za mało widziałem ich w akcji by teraz pisać o nich peany pochwalne, ale szacunkiem darzę ich ogromnym.
Dziś, jak wspomniałem, pojawią się dwa składy: pierwszy złożony z graczy aktywnych po 1990 roku oraz piątka zawodników których chciałbym mieć na ławce zawsze i wszędzie.
Zaczynamy!






