Magii w tym sezonie nie było za grosz w ekipie z Florydy. Przypominali mi Raidena z 2 części filmu "Mortal Kombat". Ten film klasy "D" był lepszy do oglądania niż 82 spotkania w tym sezonie w wykonaniu Orlando.
W owym filmie Bóg Piorunów i Opiekun Królestwa Ziemskiego zrzekł się swojej mocy byle tylko ochronić ziemian przed atakiem swojego złego brata z Zaświatów. Na nic się to zdało z tego co pamiętam. Magic również niby nieśmiało próbowali atakować PO, jednak nigdy nie zbliżyli się do rozgrywek posezonowych na tyle blisko by poczuć krew. Myśl o nadchodzącym drafcie i kolejnym wysokim wyborem skutecznie blokowało ich czary, aż w końcu niczym wspomniany bohater porzucili wszystko byle tylko dać ostatnią nadzieję na kolejny młody talent.
Duża w tym zasługa "Mugola" Jacque Vaughna, który myślał, że wystarczy pomachać patykiem przy linii bocznej i samo się stanie. Nie wierzył w młodych adeptów sztuki magicznej i wszyło jak wyszło.
Gdyby wytrwał do końca sezonu z zespołem młodzi podczas wyprawy na ryby mogliby użyć takiego o to zaklęcia: "Hokus pokus, czary mary Jacque biegnie po browary".
Na szczęście kiedy zespół był udupiony na tyle by nie martwić się o loterię w drafcie pozbyto się szkoleniowca.
Jak zwykle za późno...






