Kiedy pomyślę o poprzednim sezonie w wykonaniu ekipy z Kolorado nasuwa mi się na myśl scena z pewnego westernu, w którym podróżnicy i poszukiwacze złota przybywają do miasteczka, które jest położone nieopodal bardzo bogatych złóż złotego kruszcu.
Koledzy w telegramach i listach przedstawiali im prawdziwe "Eldorado" natomiast po przybyciu do miasteczka dostali obraz nędzy i rozpaczy. Bród i smród na ulicach, chrzczona whiskey w spelunach aspirujących do miana saloonów. Damy lekkich obyczajów nie dość, że stare to jeszcze zarażone nieznanymi jeszcze wówczas medycynie chorobami. Brak służb porządkowych doprowadził do terroru i zorganizowanej przestępczości. Brak miejsc do spania i duża konkurencja przy płukaniu dobroci.
Dziki kraj i dzikie miasto.
Na to wszystko spoglądał nieoficjalny burmistrz Brian Shaw, który robił za pozoranta. Referencję wystawił mu inny, bardziej utytułowany burmistrz, i tak Brian prześlizgiwał się już 2 rok kadencji.
Nagle odnaleźli się właściciele skrawka ziemi, na której powstało to miasto. Wyrzucili z hukiem biednego Briana i na jego miejsce zatrudnili starego poczciwego Melvina Hunta - kowala - którego każdy w tej zapomnianej przez Boga głuszy szanował. Ale było już za późno.
Najbardziej szkoda tych bryłek w składzie. Szalony osadnik - George Karl - nawet z kamienia potrafił zrobić złoty samorodek. Shaw mają do dyspozycji opłukane i wypolerowane kamienie nie był w stanie zrobić z nimi nic. Tylko stał i się patrzył jak obrastają kurzem i pleśnią...