piątek, 28 listopada 2014

Lance Stephenson - Born Ready?

Krzysztof Cugowski w nieśmiertelnej Budce Suflera wyśpiewywał kiedyś tak:

"To nie tak miało być.
Zupełnie nie tak.
Cały świat miał być nasz.
Tylko go brać."


A jak to się odnosi do bohatera dzisiejszego tematu? Otóż po wybraniu oferty od Charlotte Hornets miało być tak pięknie. Zawodnik w poprzednim sezonie ocierał się nie raz o status supergwiazdy w lidze, i jego postępowy rozwój miał mieć kulminację właśnie w tym sezonie. Co się zatem stało z graczem który sam sobie nadał przydomek "Born Ready"?




Z niedojrzałego i przecenianego gracza wskoczył na status solidnego zawodnika, lekko rozchwianego emocjonalnie, ale dającego się poskromić. Groził triple-double w niemal każdym spotkaniu, i coraz lepiej grał w obronie by w końcu stać się plastrem na najlepszych obwodowych tej ligi. Zatem kiedy latem wybrał ofertę złożoną przez samego Michaela Jordana, kibice zacierali ręce ze szczęścia. Dla Jordana miał to być kolejny krok do poprawy wizerunku właściciela, który patrząc po poprzednich wyborach w drafcie był delikatnie mówiąc w strzępach. Pierwszym było pozyskanie Alla Jeffersona, który odmienił losy zespołu i wprowadził ich do PO.

27 mln dolarów płatne w trzy lata za talent z jakim przychodził Lance do Szerszeni to niezbyt wygórowana cena. Jednak to co się stało na początku rozgrywek szybko sprowadziło kibiców na ziemię. "Born Ready" nie tylko pogorszył swoje statystyki, ale często też zabiera okazję do skonstruowania składnej akcji, przez swoje indywidualne zapędy.

Dla porównania linijka z zeszłorocznych występów w Indianie i tegorocznych w Charlotte:

  • Indiana: 14 punktów, 7 zbiórek, 4 asysty, 49% za gry w tym 35% za 3 oraz 71% z rzutów wolnych
  • Charlotte: 9 punktów, 8 zbiórek, 5 asyst, 36% z gry w tym 20% za 3 oraz 59% z rzutów wolnych
Jak widać gra Stephensona kuleje, zwłaszcza jego celność, a co za tym cierpi na tym cała drużyna.


Ostatnio trener Stave Clifford by ratować jakoś zespół sadzał Stephensona na ławce w czwartych kwartach. To z kolei nagromadziło wiele pytań odnośnie Lancea i jego gry.

Clifford nie ukrywał tego co myśli:

"Mówiąc szczerze to co mu utrudnia grę, jest ogólne przeświadczenie, że jest on supergwiazdą. On nie jest gwiazdą. Jest zawodnikiem z potencjałem na to by taką gwiazdą zostać. Jednak aby tego dokonać, musi to robić latami."
 "Grał w pierwszej piątce przez dwa sezony w bardzo dobrej drużynie. Kiedy przyszedł do nas All Jefferson miał średnie 19 punktów i 8 zbiórek przez 10 lat gry. Zatem wiedzieliśmy co dostajemy. Kimś takim musi stać się Lanece i to nie jest sprawiedliwe."
"Powiedziałem mu to. Miałem szczęście trenować Bryanta oraz McGradyego. Oni byli supergwiazdami. Trenowałem Allana Houstona oraz Lattrela Sprewella, którzy zostali 2-3 razy all-starami. Przed nim wiele pracy by wskoczyć na ten sam poziom. Wszyscy już teraz ogłosili go supergwiazdą, ale jeżeli pamiętacie moje słowa kiedy go zakontraktowaliśmy - on się musi dopiero stać gwiazdą." 
Wypowiedź trenera można traktować na dwa sposoby: jako obronę zawodnika i próbę zdjęcia z niego presji, oraz lekkie ukłucie w jego ego. Nie da się ukryć, że Lance w wersji z poprzedniego sezonu byłby idealnym dopełnieniem składu Hornets. Sezon dopiero się zaczyna i jeżeli schowa swoją dumę do kieszeni i zacznie grać bardziej dla drużyny, powinien wrócić do formy za jaką dostał zapłatę.

I niech więcej nie flopuje sam siebie...


I na koniec taka luźna ciekawostka.

Wszyscy pamiętamy kiedy to został pominięty przy głosowaniu (przez kibiców) i wyborze (przez trenerów) do All-Star Game. Żalił się wtedy w prasie, że jest to niesprawiedliwe, że został pominięty i jeszcze pokarze na co go stać, by w przyszłym roku nie było wątpliwości, że jest godny miana All-Stara. Historia pamięta innego zawodnika, który również był pomijany w wyborze do tego koszykarskiego święta i jego gorzkich żali było pełno w prasie. Josh Smith jest tym graczem, który to podczas występów w Atlancie zawsze tylko "ocierał" się o grę w ASG. Jak to skończyło się dla "J-Smoova" wszyscy wiemy. Niezadowolony z gry dla Hawks przeszedł do Detroit, gdzie jego statystyki posypały się jak domki z kart i jest teraz cieniem samego siebie. Żeby było śmieszniej, Atlanta w jego miejsce sprowadziła Paula Millsapa, który w pierwszym sowim sezonie w barwach Jastrzębi został wybrany do ASG.

Zatem wielkie ego nie wystarczy, by być najlepszym, trzeba mieć talent nad którym nieustannie trzeba pracować...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz