piątek, 7 listopada 2014

Niedźwiedzi sen

NBA to specyficzna liga. Kiedy Lakers mieli w swoich szeregach Magica Johnsona, każdy chciał mieć wysokiego PG. Kiedy Detroit "Bad Boys" Pistons grali 3 obrońcami, każdy chciał mieć takie trio. Kiedy Shaq i Kobe niszczyli rywali w LAL każdy chciał mieć takie "One-Two Punch" w swoich szeregach. Kiedy Boston sprowadził Raya Allena i Kevina Garnetta do Celtics by wspomogli Paula Piercea każdy chciał mieć takie Big3. Teraz kiedy zespołowa koszykówka San Antonio Spurs zmiażdżyła Miami Heat, które to hołdowało spuściźnie "łączenia sił" z Bostonu, nagle okazało się, że każdy chce mieć taki kolektyw graczy, który tak dzieliłby się piłką jak tegoroczni mistrzowie.

W obecnym sezonie najwięcej czasu poświęca się na omawianie słabego startu Cavs, 0-5 Los Angeles Lakers, monitorowaniu zdrowia Derrica Rosea, tankowaniu 76ers oraz niszczącej sile Wojowników z Golden State. Gdzieś na uboczu tego wszystkiego mistrzowie obrony - czyli aspektu który nie jest tak usilnie przez wszystkich kopiowany - rozgrywają najlepszy start sezonu w historii organizacji. Mowa oczywiście o Miśkach z Memphis.


Gdy czytacie te słowa szczycą się bilansem 5-0 i do spółki z Golden State i Houston stoją na podium "niepokonanych" w tym sezonie.

O ile GSW to rewelacja startu sezonu, a Houston dostało przychylny (poza Miami i SAS, ale ci drudzy swoim zwyczajem dali odpocząć kluczowym graczom) grafik na start, to Grizzlies w swoim stylu zatrzymują rywali żelazną obroną. Pozwalają swoim oponentom rzucić średnio tylko 86 punktów w meczu. Sami za to rzucają 96 punktów na mecz. Mając do dyspozycji takich graczy jak Tony Allen, Marc Gasol, Mike Conley, Zach Randloph czy Tayshaun Prince o obronę mogą być spokojni.


Gorzej jest po atakowanej stronie parkietu. Podczas wygranych meczy trudno szukać blowoutów. Nie mają dobrych snajperów za 3, którzy powiedzmy w 3 udanych akcjach w 4 kwarcie mogli by na samym jej początku ustanowić wynik do końca spotkania, a później obroną zamęczyć rywala i dowieźć zwycięstwo bezpiecznie do końca. Przez to starterzy zespołu spędzają dużo minut na parkiecie, co przekłada się na mnóstwo rzutów za 2, które sprowadzają mecz do żmudnej przepychanki przy prowadzeniu 6 lub 9 punktami.

Dodatkowym smaczkiem, jest rozgrywanie przez ich podstawowego centra, ostatniego roku kontraktu. Marc Gasol notuje w tym sezonie średnio o 8 punktów na mecz więcej niż w latach poprzednich. Będzie walczył o najwyższy możliwy kontrakt podczas nadchodzącego lata, więc jego "pokazówka" jest w pewnym stopniu wodą na młyn dla gry Grizzlies.


Sprowadzili do zespołu Vincea Cartera, który dawał b.dobre minuty w poprzednich latach w Dallas. Zalepili tym samym dziurę na ławce po emigracji do Cavs Mikea Millera. Jednak czy to wystarczy by wzmocnić atak?

Z bardzo dobrej strony na starcie pokazał się Courtney Lee, który do tej pory notuje średnio 16 punktów na mecz zachowując przy tym kosmiczną skuteczność 70% za 3!

Można złośliwie stwierdzić, że ich organizacja stoi w miejscu od 3 sezonów. Obroną wywalczają sobie miejsce w PO, jednak w późniejszej walce zaczyna brakować im argumentów. Nadzieją napawał sezon 2012-2013 kiedy to osiągnęli najlepszy bilans w historii organizacji oraz dotarli aż do finału konferencji, w której musieli boleśnie uznać wyższość SAS.

Dziś czeka ich potyczka ze zdziesiątkowanymi Thunder. 6 zwycięstwo z rzędu wydaje się formalnością.

Ile jeszcze potrwa ten idylliczny niedźwiedzi sen? Czy po raz kolejny brutalne przebudzenie nastąpi podczas wiosennych PO? Popularne jest stwierdzenie, że jeżeli stoi się w miejscu, to zaczyna się cofać. Na razie start sezonu w ich wykonaniu zadaje temu kłam, jednak co będzie dalej?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz